
Założyłem profil na Patronite, bo chcę zgromadzić ludzi i środki wokół polityki rozsądku. Kontakt w sprawie wykładów inspiracyjnych: [email protected]
Warszawa, Polska
Joined February 2010
- Tweets11.5K
- Following331
- Followers209K
- Likes3.2K
Pinned Tweet
Zapraszam Państwa do poważnej, merytorycznej rozmowy o Polsce - w ramach idei Radykalnego Centrum.
Załóżmy razem 50 Klubów Radykalnego Centrum w całej Polsce i nie pozwólmy, żeby skrajności odebrały nam rozum.
Dzisiaj prawica proponuje nam kult siły. Tymczasem dla naszego bezpieczeństwa ważniejszy może być kult umysłu. Problem w tym, że u nas bicepsy szanuje się bardziej niż umysł.
🔫 Karol Nawrocki ma ewidentnego pecha. 25 września, w czasie otwarcia strzelnicy w Bogutach-Piankach, zaproponował, aby Polacy rozpoczęli ogólnonarodową dyskusję o dostępie do broni, ponieważ Polska ma zbyt mało uzbrojonych obywateli.
🔫 A na początku października rozpoczęła się seria ataków w szkołach, przeprowadzonych przez młodych, uzbrojonych obywateli. Tyle że oni byli uzbrojeni w noże, a prezydent chce, żebyśmy rozmawiali o dostępie do broni palnej.
🔫 To, co zdarzyło się w szkołach, nie ma żadnego związku z tym, co powiedział prezydent. Jest zwykłym zbiegiem okoliczności. Stanowi jednak poważny argument, żeby dostępu do broni nie rozszerzać.
🔫 Nie bez przyczyny USA, które dzięki zapisanemu w konstytucji prawu do noszenia broni mają jedne z najbardziej liberalnych na świecie regulacji w tej kwestii, mają jednocześnie największą liczbę masakr szkolnych.
🔫 Badania nad szkolnymi strzelaninami dokonywanymi przez nieletnich wykazały, że wśród tych przypadków, w których udało się ustalić źródło broni, w 60 proc. pochodziła ona z domu sprawcy. Najczęściej należała do rodzica lub opiekuna.
🔫 Ktoś powie, że Karol Nawrocki mówił o naśladowaniu w dostępie do broni nie USA, ale Europy: Finlandii, Czech czy Szwajcarii.
🔫 Ale i tam strzelaniny w szkołach się zdarzały – w Finlandii w 2007 r. (ośmioro zabitych), w 2008 r. (dziesięcioro) i w 2024 r., kiedy 12-latek zastrzelił szkolnego kolegę z rewolweru, który zabrał swojemu dziadkowi. W 2023 r. na Uniwersytecie Karola w Pradze w strzelaninie zginęło 14 osób.
🔫 Dlaczego Karol Nawrocki z wszystkich rzeczy, które polityk może swojemu krajowi zaproponować, proponuje militaryzację życia publicznego? Militaryzację, która prowadzi do brutalizacji tego życia.
🔫 Co będzie następne? Czy jeśli w Polsce, nie daj Boże, zwiększyłaby się liczba śmiertelnych ataków w szkołach, kolejną propozycją (która już się pojawiała) będzie znaczne obniżenie wieku karalności?
🔫 A potem co? Zaproszenie do ogólnonarodowej dyskusji o rozszerzonym dostępie do kary śmierci, w której zatroskany prezydent stwierdzi, że Polska odstaje pod względem liczby wykonywanych egzekucji w porównaniu z innymi państwami? Propozycja, żeby wykonywać tę karę śmierci spektakularnie, przez rozstrzelanie?
🔫 Pete Hegseth, sekretarz obrony w rządzie Trumpa, zaproponował ostatnio taką formę, dodając, że egzekucja będzie publicznie transmitowana.
🔫 Brutalizacja życia publicznego zmienia ludzkie rozumienie sprawiedliwości. Kiedy państwo rekomenduje broń i przyzwala na nią, a w szczególności, gdy pokazuje, że można zabić w celu przywrócenia sprawiedliwości, ludzie myślą, że także w ich codziennych porachunkach przemoc jest normalną odpowiedzią na rzeczywistą albo tylko postrzeganą krzywdę.
🔫 Prezydent ze wszystkich wskaźników, w których Polska odstaje od innych państw europejskich, chce zmniejszyć różnicę właśnie w kwestii posiadania broni.
🔫 Nie na przykład w zakresie liczby Polaków, którzy kształcą się przez całe życie. Robi to 10 proc. dorosłych Polaków, w porównaniu z prawie 30 proc. Finów. Dlaczego mielibyśmy naśladować ich w dostępie do broni, a nie ich kulturze edukacyjnej?
🔫 Nawrocki w tym zakresie zbyt poddańczo naśladuje Donalda Trumpa i jego wizję świata, w której rozwiązaniem każdego problemu jest siła.
🔫 Warto, jak sądzę, spojrzeć jednak na życie publiczne w Polsce inaczej. Polska rosła i rośnie dlatego, że w ostatnich 40 latach potrafiliśmy współpracować ze sobą i z innymi, a nie grozić sobie wzajemnie bronią.
🔫 A o naszym bezpieczeństwie nie decyduje liczba sztuk broni palnej, przy użyciu której zdarza się ludziom pomylić człowieka z dzikiem, ale nasze członkostwo w NATO.
🔫 Ono nie zostało wywalczone na placu boju, ale wynegocjowane przez dobrze wykształconych ludzi w gabinetach dyplomatycznych.
🔫 I ci ludzie, tacy jak Krzysztof Skubiszewski czy Bronisław Geremek, nie używali do tego ani broni, ani piły mechanicznej, ani nawet rękawic bokserskich, tylko swojej głowy.
Marcin Matczak retweeted
Jak daleko państwo może ograniczać naszą wolność w imię bezpieczeństwa? @IgorJanke rozmawia z @wsamraz o tym, jak terroryzm, wojna hybrydowa, przemoc w szkołach i kolejne kryzysy przesuwają granicę między ochroną obywateli a nadmierną ingerencją państwa. Rozmowa prowadzi do szerszego problemu - jak chronić bezpieczeństwo, dzieci i debatę publiczną, nie rezygnując przy tym z wolności, niezależnych sądów i prawa do swobodnej dyskusji.
Link do rozmowy👉youtu.be/JUIu7J8ssf4
We wczorajszym wywiadzie w Kanale Zero Bogdan Święczkowski pokazał jednoznacznie, na czym polega „niezależność” polityczna sędziów TK powołanych przez PiS. Ten wybitnie „niezależny” człowiek, powiedział, że Donald Tusk powinien siedzieć, a Zbigniew Ziobro powinien zostać uhonorowany przez Polskę najwyższymi odznaczeniami. Nie ma to jak prezes najważniejszego sądu w Polsce, który w internecie wsadza jednych polityków do więzienia, a innych chce dawać ordery.
Marcin Matczak retweeted
Prezydent Karol Nawrocki otworzył dyskusję na temat szerokiego dostępu do broni. Prof. Marcin Matczak mówi jasno - to zły pomysł, zwłaszcza po ostatnich atakach w szkołach. Zdaniem prof. Matczaka przykład USA jasno pokazuje, że powszechne posiadanie broni wpływa na brutalizację życia publicznego. Zapraszamy na komentarz!
Prawica w USA chce transmitować publicznie karę śmierci przez rozstrzelanie. W Polsce prezydent proponuje dyskusję o szerszym dostępie do broni.
To wszystko prowadzi do militaryzacji i brutalizacji życia publicznego. Ma nam pokazać, że tylko kult siły da nam bezpieczeństwo.
Tymczasem nasze bezpieczeństwo zależy od kultu myślenia, nie siły. Tak było kiedyś i tak jest teraz.
youtu.be/tkjndBfFAPo?is=Kwz8…
Uwaga, kpina!
Prezydent uzurpuje sobie prawo do kontroli tego, czy sędziowie TK wybrani przez sejm spełniają warunki. Dlaczego to uzurpacja? Bo zgodnie z zasadą legalizmu prezydent musi mieć wyraźny przepis, aby taką kontrolę przeprowadzić. A przepisu takiego nie ma.
Zamiast przepisu jesteśmy zasypywani różnego rodzaju „eksperymentami myślowymi” pana Przydacza i Boguckiego: co by było, jakby sejm wybrał do TK konia, małpę albo kogoś, kto nie ma polskiego obywatelstwa?
Nie wiemy, co by było, bo to jest science fiction.
A jak kiedyś sejm wybierze małpę albo konia, to Sejm (a nie prezydent, bo on w tej sprawie nie ma nic do powiedzenia) skorzysta z doświadczenia PiS i stwierdzi nieważność powołania tych zwierzaków w drugiej uchwale - przecież tak zrobił PiS w 2015, żeby wprowadzić dublerów. Tylko że wtedy wybrano do TK porządnych ludzi, a nie konie, i wszyscy mieli polskie obywatelstwo.
Proponuję panu Przydaczowi i Boguckiemu i mój „eksperyment myślowy”. Niech się prezydent nie ogranicza w swojej uzurpacyjnej kontroli.
Sędzia TK musi się wyróżniać wiedzą prawniczą? Niech prezydent nie ufa Sejmowi i każe napisać wybranemu test wielokrotnego wyboru z WoS-u oraz znajomości Konstytucji. A jak będzie miał mało punktów, to nici ze ślubowania.
Sędzia musi mieć odpowiedni stan zdrowia do pełnienia obowiązków - niech wybraną przez Sejm osobę prezydent zaprosi do ringu, przegoni przez jakiś tor przeszkód, albo chociaż niech każe zrobić jej dwadzieścia przysiadów.
A co do nieskazitelności charakteru - obowiązkowe zaświadczenie od proboszcza. Przecież nie można Sejmowi ufać, wszystko trzeba sprawdzać.
To absurd, powiecie. Ale dlaczego? Skoro
jeden wymóg może prezydent kontrolować, dlaczego nie inne?
Absurdem jest ta cała sytuacja, w której buduje się karykaturalne konstrukcje prawne, żeby uzasadnić, że podsądny (prezydent jest potencjalnym podsądnym TK) mógł decydować, kto może, a kto nie może go sądzić.
Bo to dzisiaj proponują Karol Nawrocki i spółka I to jest dopiero absurdalne.
Marcin Matczak retweeted
Spór o Trybunał Konstytucyjny wszedł w niebezpieczną fazę eskalacji.
Z jednej strony prezydent uzurpuje sobie prawo, którego nie dała mu konstytucja, do decydowania, kto może, a kto nie może być sędzią Trybunału. Z drugiej – Donald Tusk przejął narzędzia, którymi wcześniej grał Jarosław Kaczyński, i potraktował sąd konstytucyjny jako swoistą „spółkę Skarbu Państwa”.
Komentarz @wsamraz.
Komentarz aktualny.
Ludzie twierdzący, że to PO popsuła Trybunał Konstytucyjny przegrywają sromotnie walkę z rozumem, przeciwstawiając mu swoja jasną preferencję polityczną.
Wiecie, ilu sędziów wybranych nielegalnie przez PO i na ile lat zasiadło w TK? Zero na zero dni. Wiecie, ile osób nielegalnie wybranych przez PiS do TK i na ile czasu zasiadło w TK - 3 na 9 lat.
Wiecie, ilu sędziów legalnie wybranych przez PiS PO nie dopuściła do orzekania. Zero. A ilu sędziów legalnie wybranych przez PO nie dopuścili do orzekania politycy PiS? Siedmioro.
Przestańcie więc raz na zawsze chrzanić, że wina jest po obu stronach, bo PO zaczęło. Bo wasze gadanie oznacza, że jak ktoś kiedyś zechce wepchnąć wam się do kolejki w piekarni, to będziecie mogli go w odwecie zamordować.
Tak mniej więcej wygląda wasze myślenie w sprawie TK.
Prezes Kaczyński nie po to przejmował kontrolę polityczną nad TK, umieszczał tam jako sędziów swoich posłów i swoje odkrycia towarzyskie, żeby teraz tak po prostu go wypuścić spod swojej kontroli. Więc przyszedł, usiadł pod nim na krzesełku i pilnuje.
Marcin Matczak retweeted
- To PiS zniszczył TK, prezydent Karol Nawrocki kontynuuje to zniszczenie i to on dokonuje zamachu stanu. Ja to mówię z pełną odpowiedzialnością - @wsamraz u @mtejchman w #GośćWydarzń odpowiedział @SasinJacek.
polsatnews.pl/gosc-wydarzen/…
Prezydent Nawrocki ma Polaków za idiotów. Mówi o TK kontrolowanym całkowicie przez ludzi PiS, że musi go bronić przed kontrolą jednej partii. Jednocześnie bezprawnie blokuje sędziów wybranych przez nie-PiS, aby TK
jak najdłużej pozostał w rękach jednej partii. Hipokryzja level max.
Marcin Matczak retweeted
Czy psy mogą odziedziczyć spadek? Czy AI można nazwać „osobą“? Okazuje się, że odpowiedź jest dużo ciekawsza niż mogłoby się wydawać. W najnowszym odcinku Niepoprawnika spróbujemy zmierzyć się z pytaniem czy „nieludzie” mogą mieć podmiotowość prawną. Zapracsamy w imieniu mec. Bogusława Leśnodorskiego i prof. Marcina Matczaka!
Marcin Matczak retweeted
Publiczna egzekucja przez rozstrzelanie. To nie jest pomysł talibów, a amerykańskiego sekretarza wojny Pete'a Hegsetha.
Czy to znaczy, że kara śmierci wraca?
O tym w "Istocie rzeczy" @tterlikowski rozmawiał z prof. @wsamraz i dr @Hanna_Machinska⤵️
🔗tvn24.pl/plus/podcasty/istot…
Warto.
I am a member of the Norwegian Nobel Committee.
There are five of us. Five people, appointed by a parliament most of the planet could not find on a map, who decide, once a year, which human being the world has agreed to call good.
I know. I know. I think about it on the tram.
We meet in a building on Henrik Ibsens gate, a street named after a man who wrote almost exclusively about people discovering they are frauds, which nobody on the committee finds funny except me. There is a room with a long table and the portraits of the dead laureates looking down, Mandela, the Dalai Lama, a great many earnest men in spectacles, and one portrait we do not discuss, which is Kissinger, 1973, awarded while the bombs were still falling, after which two of our predecessors resigned and the satirist Tom Lehrer said political satire was now obsolete. We keep him on the wall. A reminder. Every family has the uncle.
It is October in Oslo, which means the sun gives up around four in the afternoon like a civil servant, and it rains the particular Norwegian rain that isn’t quite falling, just hanging there, judging you. I arrive with wet shoes. I always arrive with wet shoes. There is coffee, because this is Norway and there is always coffee, we drink more of it per person than almost anyone alive, and someone’s wife has sent kanelboller, the cinnamon buns, and we sit, five Norwegians, damp, caffeinated, sugared, and we decide the moral standing of the entire species.
Let me tell you how it actually works, because the world imagines a cathedral and it is, I promise you, a book club with a mandate.
287 nominations this year. 208 people, 79 organizations. Anyone can nominate, that’s the secret nobody understands: a professor, a parliamentarian, a former laureate, so the “nominee” list is meaningless, it’s a suggestion box, and every autumn some congressman nominates his own golden retriever and the press writes “SHORTLISTED.” Nobody is shortlisted. There is no short list the public ever sees. There is us, and the coffee, and the rain, and the portraits, and a Norwegian stubbornness that is older than the prize itself.
We read reports. The institute’s advisers write them, thick dull documents, and we argue. Our chairman told the BBC once that in the final meeting “there is a high temperature.” High temperature, for a Norwegian, means someone slightly raised an eyebrow and then apologized for it. We don’t do high temperature. We do a long silence, and then Kristin says “well,” and everyone knows exactly what “well” meant, and it’s settled. That’s our shouting. “Well.” You’d have to be raised here to hear the violence in it.
Now. This year. I will not say the name, because we never say the name, but you know the name.
A certain head of state wanted this prize the way a child wants a thing in a shop window, which is to say loudly, and in public, and with the full belief that wanting it was itself the argument. He said he deserved it. He said he’d ended eight wars, a number that grew most times he said it, like a fish. He had other heads of state phone us. Israel’s prime minister posted it on the internet, “Give him the Nobel.” The leaders of Cambodia and Pakistan announced they’d nominated him, as though announcing it were part of it, as though we tally mentions. A man flew around the globe collecting endorsements for a Norwegian committee the way you’d collect signatures for a petition to the council about a noisy dog.
And here, uff da, is the detail I treasure, the one that makes me smile into my coffee. The nomination deadline is the 31st of January. He took office on the 20th. So for all the phone calls, all the posts, all the gilded lobbying, the only nominations that could possibly count for this year’s prize were filed in the first eleven days of his term, before he had, by his own arithmetic, ended a single one of the eight wars. He campaigned all year for a prize whose window had shut while he was still hanging up his coat. We didn’t have to reject him. The calendar did. We just watched. Norwegians are very good at watching. We have long winters.
People think we sit there weighing his deeds. We don’t. That’s the thing I can’t make the world understand. We’re not grading his homework. We don’t owe anyone the prize for a ceasefire, however real, however loud the announcement. “He made peace” is not a sentence that ends in a medal, the way he believes it does, the way he believes every good thing ends in his name on it. The will of a dead Swede says the prize goes to whoever did the most for fraternity between nations. A dead Swede, I should add, who made his entire fortune inventing dynamite and selling arms, and spent his last years horrified at his own obituary, which called him a merchant of death, and so bought his way to immortality as a man of peace. The whole prize is one guilty arms dealer’s attempt to launder his name. We are, all of us, administering a dead man’s public relations. I find this clarifying. It keeps me humble. It should keep everyone humble, and it keeps, by my count, no one humble at all.
So who did we give it to?
An eighty-five-year-old woman. A judge. Born in Durban, under apartheid, granddaughter of a Tamil man who came to South Africa as indentured labor, a bus driver’s daughter from the poor Indian quarter, who became the first non-white woman to run a law practice in her province, who defended Mandela’s people when defending them was dangerous, who sat on the Rwanda tribunal and the court at the Hague, and who, at eighty-five, is right now a judge weighing whether a genocide is a genocide. When we told the world, our chairman said the rule of law “underpins the system we have set up to ensure peace,” and that “peace requires justice.” She wasn’t even in Oslo. She was in Nuremberg. In courtroom 600. The actual room where they tried the Nazis. You cannot stage that. God staged that, and God, it turns out, is a better satirist than any of us.
She did not phone us. She did not post. No prime minister demanded it for her on the internet. She had, as far as our deliberations are concerned, the one qualification the loud man could never manufacture, which is that she wanted the work and not the medal. The medal finds those people. It flees the ones who chase it. This is not a rule we wrote. It’s just the only pattern the hundred-odd years of our mistakes has ever shown.
The reaction from across the ocean was immediate. His spokesman posted that we “place politics over peace.” Ja. Perhaps. We’re five damp pensioners in a rainy city; of course it’s political, it was always political, it was political when we gave it to a sitting American president nine months into his first term for the promise of things he had not yet done, and we have been quietly embarrassed about that one for fifteen years, so believe me, we had a particular reason this year to prefer a woman with fifty years of verdicts behind her over a man with eight wars in front of him and a deadline already behind him.
Here is what he will never understand, the thing I’d tell him on the tram if he ever took one. We are the one prize he cannot buy, cannot post his way to, cannot have a friendly dictator phone in for him. Not because we’re incorruptible, nei, we’re as vain and wrong and human as the portraits on our wall. But because the entire point of the thing, the only power a small cold country’s book club has ever held, is that it goes to the person not performing the wanting. The moment you demand it, you’ve proven you don’t understand what it’s for, and proving that is itself the disqualification. He ran the most expensive campaign in the history of the prize and the campaign was the reason. He was never losing to Navi Pillay. He was losing to the concept.
It’s dark now. Four o’clock dark. The buns are gone. Kristin said “well” an hour ago and we all went home. I’m on the tram with my wet shoes, and somewhere across the water a very powerful man is explaining to a camera that the prize is rigged, that we’re corrupt, that he’ll win it next year, and he genuinely might, we’re only five idiots and we’ve been wrong before, Kissinger is still on the wall.
But not this year. This year an old woman in Nuremberg, in the room where the law once stared down the exact kind of man who thinks wanting a thing loudly enough should make it his, got a phone call she didn’t ask for.
That’s the job. We don’t reward the man who ends the war and announces it.
We reward the woman who spent fifty years deciding what a war was.
He’ll never see the difference. That’s rather the whole point of him.
Takk for i dag. I have to change trams.









